
Koncert ku pamięci Olka odbył się po raz drugi. A w zasadzie jeśli liczyć koncert akustyczny to trzeci. Nie będę tu prezentował jego sylwetki, dość powiedzieć, że był bardzo ważną osobą nie tylko dla rodziny i przyjaciół. Miał też swoje miejsce w sercach wielu fanów, którzy po raz kolejny licznie stawili się w Estradzie, by powspominać, i wygenerować hałas, który będzie słyszalny aż tam, na górze. Udało się.

Na pierwszy ogień poszło łódzkie Consfearacy. Zespół jeszcze młody, ale zacny i dający nadzieję na przyszłość, czego wyraz dałem zakupem ich czteroutworowej epki. Co wyróżnia Consfearacy na tle innych metalowych bandów? Muzycznie trochę trudno mi ich sklasyfikować, tkwią gdzieś między groove, a thrash metalem. Jeśli natomiast miałbym ich do kogoś porównać, to szczerze mówiąc żaden zespół nie przychodzi mi do głowy. Albo więc są tak niesamowicie oryginalni, albo mam jakieś dziury w edukacji muzycznej, które koniecznie trzeba połatać :) Grunt, że muzycy nie porywają się z motyką na słońce. Kompozycje są dość rozbudowane, jednak bez jakichś karkołomnych zagrywek czy gitarowych onanizmów. Jest pomysł, jest jego sprawna realizacja na poziomie, na jaki obecnie może sobie zespół pozwolić i zwyczajnie dobrze się tego słucha.
Jest jeszcze element, którego po prostu nie sposób przegapić oglądając Consfearacy na scenie. PERKUSISTKA. Wszelkiego rodzaju wokalistki czy basistki nie budzą już zdziwienia, jednak myśląc o perkusji zazwyczaj wyobrażam sobie jakiegoś łysego tłuściocha z dłońmi jak pióra od wioseł, ewentualnie patyczaka, który nie wiadomo skąd bierze siły na opętańcze walenie w gary. Natomiast kobieta na tym stanowisku... Seriously, how sexy that is? :) Pauci absolutnie nie da się nie zauważyć, ale poza oczywistymi walorami wzrokowymi (pierwszy rumieniec), będzie ona w stanie zainteresować także wasze uszy (głębszy rumieniec bo ten komplement odnosi się do umiejętności). Mówię wam, jeszcze o tej Pani usłyszycie nie raz. A w zasadzie to nie tylko o niej, a o całym Consfearacy. Sumując, rozgrzewka udana, a ich debiutancki album jak tylko wyjdzie kupuję w ciemno.

Zanim na scenę wkroczył mocno oczekiwany przeze mnie The Sixpounder, zaprezentował się bydgoski Down To Concrete. Grali mniej więcej tak: @@#$$&%!@#!#$ breakdown %%@#&$#!&$ breakdown $%@#*@$@#!*@#$!!%$#$. Finito :) A tak naprawdę to relaksowałem się, więc niespecjalnie ich obserwowałem.
A teraz Panie i Panowie, może jeszcze o tym nie wiecie, ale na polskiej scenie metalowej właśnie wschodzi nowa gwiazda. Po zawieszeniu działalności Elysium bardzo mi brakowało na naszej scenie dobrego melodeathu. Niniejszym zostałem zaspokojony i to z nawiązką, bo The Sixpounder może spokojnie stawać w szranki z wymiataczami z zagranicy. Ba, z samej Szwecji nawet! Na dniach wydali swój pierwszy krążek i głównie ten materiał prezentowali. Materiał który niszczy, który spopiela wsie i podtapia nadmorskie miasta. Co najlepsze mimo ciężaru i mocy, a także niewielkiej ilości czystych wokali udało się muzykom zachować pewien przebojowy potencjał. No, przynajmniej w niektórych utworach. Ale nie będę teraz więcej zdradzał bo na recenzję płyty będzie czas potem. Na koncercie natomiast zaprezentowali również covery: "Girls Girls Girls" Motley Crue, "Cowboys From Hell" Pantery i "Ace Of Spades" Motorhead. Oczywiście w odpowiednio dociążonych wersjach.
Teraz czas na zagadkę matematyczną: ile to jest 100 - 26,66? 76,50? A może 74? Bo takie dwie wersje reszty dostałem kupując debiutancki krążek zespołu. Trzeba sobie było jakąś łatwiejszą (przez co niestety mniej szatańską) cenę wymyślić Panowie ;) Brakujące 66 groszy oddam wam przy okazji. A najbliższa już 26 marca, na trzecich urodzinach Tiberius.
A tak grał Vidian: !@#$%^&**^$#&%$(*@^*$(^&@#!#$$#)&(!^

Finał Black Star Fest to występ None. Nie możecie tu jednak oczekiwać obiektywnej oceny, gdyż zawsze na zespoły które dojrzewają wraz z nami, które zajmują w naszych sercach szczególne miejsce patrzmy nieco inaczej. Dlatego też, jeśli wam powiem że było superekstramegawykur... fantastycznie, to uwierzycie? :> Niezależnie od odpowiedzi, dla mnie tak było. I to mimo, że niestety nie było żadnych niespodzianek repertuarowych (ech, nic z pierwszej płyty :/) i mimo, że muzykom zdarzyło się coś źle zagrać w którymś momencie. Cieszy natomiast fakt, że po niedawnych zawirowaniach powróciła chemia między muzykami, scena niemal poszła w drzazgi. Mam wręcz wrażenie, że None z każdym kolejnym koncertem wypada coraz bardziej agresywnie. Przeczuwam tu pewien kierunek w którym podążą na nowej płycie, ale pożyjemy zobaczymy. Póki co None jest w doskonałej formie, więc wpadajcie na koncerty, nie będziecie rozczarowani.



